(WROCŁAW) – Mało kto wie, że Robert Sawina jeździł dziś z temperaturą 38 stopni. Mówiąc pół żartem, życzyłbym sobie, by „Sawka” zawsze startował z gorączką – poinformował nas po meczu prezes WTS-u Ryszard Czarnecki, wyraźnie zadowolony z postawy swojego zespołu, a przede wszystkim z formy wychowanka Apatora, Roberta Sawiny, który wywalczył dla wrocławian dwanaście oczek. Atlas rozgromił torunian aż 58:32!
- Mam ropne zapalenie migdałów, ale nie mogłem osłabiać zespołu, dlatego zdecydowałem, że w meczu pojadę. A już dziś wybieram się do Szwecji, bo we wtorek czeka mnie jazda w turnieju towarzyskim, który rozpoczyna sezon – mówił nam „Sawka”, dla którego pojedynek z toruńskim „aniołami” był wyjątkowo prestiżowy. Sawina jest przecież wychowankiem Apatora, z którym rozstał się swego czasu w niemiłej atmosferze. – Z tym klubem zerwałem całkowity kontakt w grudniu 1999 roku – zdradził nam niedawno jeździec. – W Częstochowie liderem był Ułamek, w Pile Krzyżaniak, a teraz znakomicie pojechał Sawina. I o to chodzi – dodawał prezes Czarnecki.
Tracił parę
To był mecz do jednej bramki, który ujawnił wielką siłę Atlasa. Po sześciu biegach wrocławianie prowadzili już 26:10, bo goście – nie dość, że wyraźnie słabsi – to jeszcze nie trafili z przełożeniami. Gospodarze nie mieli natomiast słabych punktów, bo za takie nie można uznać na pewno Krzysztofa Słabonia (5 pkt.) i wyraźnie wykończonego przebytą chorobą Grega Hancocka (7 pkt.). W sobotę Amerykanin zdobył dziewięć oczek dla Coventry w lidze angielskiej, a wczoraj sił starczyło mu tylko na swój pierwszy bieg. Później tracił na dystansie parę w rękach i wywalczone po starcie pozycje – w 4. biegu na rzecz Tony’ego Rickardssona i w 5., kiedy skutecznie podjechał pod niego Tomasz Bajerski.
Było zespołowo!
Najwięcej emocji dostarczały biegi z udziałem Scotta Nichollsa oraz Jacka Krzyżaniaka, którzy od początku sezonu tworzą parę niemal idealną. W 10. odsłonie Anglik – po przegranym starcie – już na drugim łuku pierwszego okrążenia ułańską szarżą rozprawił się z dwójką rywali – Mirosławem Kowalikiem i Robertem Kościechą. W czternastym młody Anglik ponownie ograł w polu tego drugiego. A pomógł mu w tym właśnie „Krzyżak”, który po wygranym starcie wypchnął pod deski Kościechę, torując Nichollsowi drogę po dwa oczka.
Cichym, bo jakoś dziwnie niewidocznym bohaterem meczu był także Sebastian Ułamek, który uzbierał trzynaście punktów. W ostatnim biegu Sebastian skorzystał jednak z defektu Rickardssona, który pewnie jechał po zwycięstwo, ale posłuszeństwa w maszynie Szweda odmówił gaźnik.
Autor artykułu: Wojciech Koerber, Paweł Rusiecki, (MAG)