Archive for May, 2000

Żużel. „HanCook” napędzili stracha prezesowi WTS-u Ryszardowi Czarneckiemu

Tuesday, May 30th, 2000

(WROCŁAW) – Przeżywałem chwile grozy, bo w niedzielę o godz. 13. Hancocka i Cooka nie było jeszcze we Wrocławiu. Do Warszawy przylecieli o czasie, ale pojawiły się problemy z wieżą kontrolną i odlecieli stamtąd z poślizgiem – mówił wczoraj Gazecie prezes WTS-u Ryszrad Czarnecki, którego Atlas pokonał w niedzielę na Stadionie Olimpijskim Pergo Gorzów.
Przypomnijmy, że spotkanie wrocławian z Pergo rozpoczęło się o godz. 14, a według ściśle określonego planu Amerykanie Greg Hancock (w sobotę startował w lidze angielskiej) i John Cook (w piątek jechał w amerykańskim finale eliminacji do GP’2001) mieli zjawić się na Stadionie Olimpijskim o 13. Bramy stadionu i nieco bladych już kolegów ujrzeli jednak 30 minut później. – Chciałem za pośrednictwem Gazety Wrocławskiej podziękować wrocławskiej policji, która eskortowała ich z przodu i z tyłu – mówił spokojny już Ryszard Czarnecki. – Dzięki temu o 13.30 byli na stadionie. Bałem się, mając w pamięci incydent z Finem Kylmakoerpim, który spóźnił się na mecz Włókniarza w Gdańsku, a zdobyte przez niego punkty zostały ostatnio odebrane. Gdyby Amerykanie się spóźnili, pojechaliby Zieja i Winiarz, który był przygotowany do startu.

Autor artykułu: WoKer

Chłopak po sprzeczce rodzinnej wdrapał się na słup wysokiego napięcia

Monday, May 29th, 2000

(WAŁBRZYCH) Wczoraj na słup wysokiego napięcia, znajdujący się przy ul. Żelaznej w Wałbrzychu, wszedł młody chłopak. Został porażony prądem, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Jak dowiedzieliśmy się od oficera dyżurnego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, powodem desperackiego kroku była najprawdopodobniej sprzeczka rodzinna. Chłopak – jak twierdzą policjanci – po kłótni wspiął się na słup wysokiego napięcia i został porażony prądem. Natychmiast został odwieziony do szpitala.

Autor artykułu: (AGA)

V Ogólnopolski Bieg Grubasów

Monday, May 29th, 2000

(PRUSICE powiat TRZEBNICA) Ogólnopolski Bieg Grubasów staje się powoli imprezą dla elit wielkiej wagi. Jubileuszową, piątą jego edycję. wygrali… ubiegłoroczni triumfatorzy – wrocławianka Malwina Groń i Wiesław Cerazy z Milicza.
W jubileuszowym biegu wystartowały tylko cztery panie i szesnastu panów. Złośliwi twierdzili, że w obecnych czasach coraz trudniej utrzymać odpowiednią formę. Coś w tym jest, bo triumfatorzy wśród nagród otrzymali… suchary.
- Biegło się bardzo lekko, można powiedzieć, że spacerowo – powiedziała nam na mecie Malwina Groń, na co dzień grająca w koszykówkę w pierwszoligowym zespole AZS AWF Wrocław. Do domu wróciła z pralką automatyczną.
Wiesław Cerazy, 101-kilogramowy nauczyciel z Milicza, w biegu startował już po raz trzeci. – W tym roku trasa była łatwa, ale do zawodów przygotowywałem się przez pół roku. A niewiele brakowało, że z powodu zatrucia do Prusic nie przyjechałbym – powiedział na mecie. A za zwycięstwo, oprócz sucharów i pucharu otrzymał… drzwi antywłamaniowe.

Autor artykułu: (ANB)

Za co Leszek Miller brał kasę z KGHM

Friday, May 26th, 2000

(LUBIN) Leszek Miller, syn lidera Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przez pięć miesięcy “pracował” dla Dolnośląskiej Spółki Inwestycyjnej KGHM. Tak przynajmniej wynika z umowy zawartej w 1997 roku przez byłych prezesów DSI. Efekty tej nieźle opłacanej fuchy są – dla aktualnego zarządu spółki – kompletną tajemnicą.
Umowę z “Leszkiem, synem Leszka” zamieszkałym przy ul. Wiktorii Wiedeńskiej na warszawskim Wilanowie podpisał poprzedni zarząd Dolnośląskiej Spółki Inwestycyjnej KGHM, a dokładnie dwóch byłych prezesów tego funduszu inwestycyjnego Polskiej Miedzi: Andrzej Janowski i Mirosław Wróbel (aktualnie prezes Huty “Katowice”). Zgodnie z tym dokumentem Leszek Miller – syn tego Leszka Millera – od 1 sierpnia do 31 grudnia 1997 był pełnomocnikiem zarządu DSI d/s kapitałowych.
Ile warta jest taka posadka? Dokładnie 5 tys. zł (plus premia uznaniowa). Ale to – jak na możliwości KGHM – drobiazg. Znacznie ciekawsze jest to, za co płacono synowi jednego z najbardziej wpływowych polityków w państwie. Według umowy Leszek Miller otrzymywał comiesięczne wynagrodzenie za “reprezentowanie DSI wobec potencjalnych akcjonariuszy i prowadzenie negocjacji kapitałowych”. To wszystko. Z tym jednak, że “faktyczny czas pracy pełnomocnika wyznaczany jest wymiarem zadań i obowiązków bez szczególnej rejestracji i może być przez pełnomocnika organizowany samodzielnie”. Pięknie, prawda?
- Być może konsultacje pana Millera były bezcenne dla firmy. Niestety, w dokumentach brak jest jakiegokolwiek śladu świadczącego o efektach pracy pełnomocnika. Przynajmniej ja się z nimi nie zetknąłem – twierdzi zdecydowanie prezes DSI Ryszard Kabat.
Byli prezesi DSI są nieuchwytni. Przed miesiącem rzecznik prasowy Huty “Katowice” Jarosław Zwoliński obiecał nam wypowiedź Mirosława Wróbla na temat okoliczności zatrudnienia i efektów pracy w DSI Leszka Millera. Głuche milczenie trwa do dzisiaj…
Sam bohater tej historyjki jest równie niedostępny. Z Wilanowa przeprowadził się bowiem do willi w Konstancinie. Jak powiedział nam były sąsiad z bloku na Wiktorii Wiedeńskiej, aktualnie Leszek Miller (junior) mieszka “gdzieś obok Urbana”. Zastrzegł też numer telefonu.
Nie trzeba dodawać, że cała historia wydarzyła się w roku, gdy krajem i KGHM rządzili ludzie SLD. Właśnie zbliżały się wybory parlamentarne…

Autor artykułu: Grzegorz Żurawiński

Oferta pracy chałupniczej jak wyłudzić 3,5 tysiąca złotych

Friday, May 26th, 2000

Oprócz umów i informacji, o których wcześniej nie było mowy, do paczki dołączona była dodatkowa oferta współpracy.

- Przecież to instruktaż jak oszukiwać ludzi i wyłudzać od nich pieniądze – mówi Dorota H. po przeczytaniu fragmentów.

Natychmiast po stwierdzeniu, że została oszukana, Dorota H. ponownie skontaktowała się z przedstawicielem firmy Calipso, która zaoferowała jej taką “pracę” i strasząc policją i prokuraturą odzyskała swoje pieniądze.

Chociaż podała nam numery telefonów kontaktowych do lubińskiego przedstawiciela firmy, niestety nie udało nam się z nikim skontaktować.

- Od jakiegoś czasu nie odpowiada na telefony – mówi Dorota H. – Ja już próbowałam, ale najprawdopodobniej dużo ludzi dzwoniło po zwrot pieniędzy, więc wyłączył telefon.

Dorota H. nie dała się naciągnąć. Ile jest jednak osób, które po otrzymaniu oferty “pracy” zrezygnowały z odzyskiwania pieniędzy lub – podobnie jak my – nie mogą skontaktować się z naciągaczem?

Autor artykułu: Rafał Krysztof

Litościwe Zagłębie

Thursday, May 25th, 2000

(ŁÓDŹ) Piłkarze Zagłębia Lubin ponownie udowodnili, że teoretycznie słabsi rywale po prostu im nie leżą. Po zwycięstwach nad Polonią, Ruchem Chorzów oraz Wisłą Kraków wczoraj ulegli w Łodzi broniącemu się przed spadkiem ŁKS-owi 2:4. Zagłębie w tym meczu zaprezentowało ładny dla oka futbol, aczkolwiek w ich grze widać było wspólczucie i litość dla piłkarzy żegnajacych się z ekstraklasą.
Zwycięstwo nad Zagłębiem nie pomoże ŁKS-owi w utrzymaniu. Wyniki innych spotkań nie ułożyły się pomyślnie dla drużyny Antoniego Ptaka i łodzianie zagrają w przyszłym sezonie w drugiej lidze. Trzeba przyznać, że oba zespoły zaprezentowały wpuszczonej za darmo publiczności, całkiem ładny futbol. Jerzy Podbrożny ponownie pokazał dobrą formę i grał jak profesor. W grze gospodarzy dominowała ambicja i to głownie dzięki niej zdobyli, aż 4 gole.
Na pomeczową konferencję, czemu nietrudno się dziwić, nie przyszedł trener ŁKS-u Bogusław Pietrzak, , natomiast Mirosław Jabłoński powiedział: – Gratuluję ŁKS-owi zwycięstwa. W tak trudnej sytuacji potrafił zagrać dobry mecz i wygrać

Autor artykułu: Michał Karpiński

Prezydent z wojewoda zjeżdżali po linie, czyli pięć godzin bluesowania

Monday, May 22nd, 2000

(WROCŁAW) Już od 19.30 pod Teatrem Polskim gromadzili się ciekawi III edycji THE BLUES BROTHERS DAY. Jak zwykle święto bluesa Zdzicha Smektały zaczęło się plenerowym wstępem. Ostatni bluesfani opuszczali budynek przy ul. Zapolskiej grubo po północy.
Wejście do Teatru Polskiego było ogrodzone płotem z drutem kolczastym, na rogu w wieży strażniczej siedział człowiek z Asco uzbrojony po zęby, pod ścianami stali ochraniarze z psami. Pod teatr dymiącym samochodem policyjnym z Chicago podjechał ojciec zamieszania, czyli Zdzisław Smektała i kopem otworzył sobie drzwi do środka. Za nim z piskiem opon podjechała kawalkada samochodów, z dachu na linie zjechali konferansjerzy: wojewoda Witold Krochmal i prezydent Bogdan Zdrojewski oraz szef Ascopolu Waldemar Siemiński, którzy z kolei zamknięte drzwi wysadzili w powietrze, a potem z uśmiechem zaprosili widzów do środka.
Największy aplauz w pierwszej części wywołali w kolejności: tenor Teatru Wielkiego i Teatru Muzycznego “Roma” w Warszawie – Jacek Laszczkowski, harfistka – Anna Faber, śpiewająca z akompaniamentem tria Andrzeja Jagodzińskiego, operowa gwiazda – Izabela Kłosińska oraz “kardynał jazzu”, znakomity kompozytor – Włodzimierz Nahorny (owacje na stojąco).
Potem nastąpiła prawie godzinna przerwa poświęcona przekąskom i popitkom. Najzabawniejsza była pani broniąca własną piersią (duża czwórka) dostępu do kanapek i drinków przed napierającymi widzami zaproszonymi wcześniej na wyżerkę przez konferansjerów.
W drugiej części pierwszy tańce na widowni sprowokował młody bluesman zafascynowany Jimmim Hendrixem, sympatyczny i spontaniczny Pistol Pete z Chicago. W charakterze zespołu idola – Band of Gypsys występowała silna grupa pod wodzą Zbyszka Czwojdy – muzycznego gospodarza bluesowego dnia, wzmocniona Leszkiem Cichońskim. Trochę uspokoiła rozbrykaną publiczność Karen Carroll z Chicago, ale gdy na estradę wkroczyli zwariowani faceci z Berlin Blues Brothers, szaleństwo zaczęło się od początku.
Trzecia bluesowego happeningu przebiła dwie poprzednie. Dodam tylko, że nie ma chyba w Polsce drugiego takiego miasta, w którym przedstawiciele władzy czuliby tak bluesa.

Autor artykułu: Krzysztof Kucharski

Frywolna defensywa

Monday, May 22nd, 2000

(WROCŁAW) Piłkarze Śląska Wrocław dzięki zwycięstwu 7:2 nad Stalą Stalowa Wola i remisom GKS-u Katowice oraz Górnika Łęczna, zmniejszyli stratę do katowiczan do 1 punktu oraz uzyskali przewagę 2 punktów nad Górnikiem.
Ostre strzelanie urządzili sobie w meczu ze Stalą Stalowa Wola piłkarze Śląska Wrocław. Wrocławski zespół grał swobodnie łatwo przeprowadzając groźne ataki na bramkę Stali. Czasami nawet ta gra była zbyt swobodna, bowiem Stal przeprowadzała groźne kontrataki i zdobyła dwa gole.(WROCŁAW) Piłkarze Śląska Wrocław dzięki zwycięstwu 7:2 nad Stalą Stalowa Wola i remisom GKS-u Katowice oraz Górnika Łęczna, zmniejszyli stratę do katowiczan do 1 punktu oraz uzyskali przewagę 2 punktów nad Górnikiem.
Znów dwa gole dla wrocławskiego zespołu strzelił Remigiusz Jezierski. – Mam zamiar na tym nie poprzestawać. Liczę, na dalsze gole w końcówce sezonu, gdyż moja forma systematycznie rośnie. Zszedłem z boiska po zdobyciu drugiego gola, gdyż poczułem ból w nodze przy wykroku, a nie chciałem ryzykować kontuzji przed środowym spotkaniem z Odrą Szczecin – stwierdził Jezierski. Znów gola z rzutu karnego zdobył Piotr Jawny, choć kibice domagali się by jedenastkę wykonywał Tomasz Gruszka. Jawny nawet obejrzał się czy Gruszka nie biegnie w jego stronę, a następnie ustawił piłkę na 11 metrze i zdobył gola. – Obejrzałem się za siebie, czy Tomek nie biegnie by strzelać karnego. Jednak chyba dobrze się stało, że strzelałem go właśnie ja. Po obronionej przez bramkarza z Myszkowa jedenastce w moim wykonaniu, bardzo potrzebowałem tego celnego trafienia.

Autor artykułu: Andrzej Lewandowski

Ściany nie pomogły

Monday, May 22nd, 2000

(WROCŁAW) Polscy judocy wywalczyli tylko jeden medal podczas zakończonych wczoraj we Wrocławiu mistrzostw Europy. W sobotę brązowy krążek zawisł na szyi Roberta Krawczyka (Czarni Bytom, kat 81 kg). Wczoraj boje o brązowe medale przegrali kolejno Jarosław Lewak (66 kg), Rafał Kubacki (open) i Jacek Cyran (60 kg). Żaden z naszych reprezentantów nie wywalczył we Wrocławiu nominacji olimpijskiej.
W sobotę honoru polskiego judo skutecznie bronił Robert Krawczyk, zdobywając w kat. 81 kg brązowy krążek. 22-letni zawodnik Czarnych Bytom pokonał najpierw Niemca Dirka Radszata (trzymanie), a później – w walce o medal – Rosjanina Aleksandra Czerszniewa (ippon w 24 sek!). – Teraz będę musiał nadrobić zaległości w szkole – mówił po udekorowaniu Krawczyk. W kat. 78 kg szansę na bój o brąz miała także Anna Koroza, ale uległa Włoszce Emanueli Pierantozzi. Podobnie jak i wrocławianka Małgorzata Górnicka, która w kat. open przegrała przez wskazanie (1:2) z Brytyjką Simone Callender. Straciła tym samym szansę na brąz. Na podium nie zasłużyła – stoczyła na mistrzostwach 4 walki, nie wykonując w tym czasie żadnego, ocenionego przez sędziów rzutu!
Rafał Kubacki zaczął wczoraj od zwycięstwa przez ippon nad Węgrem Zoltanem Csimadą. Dzięki temu w walce o brąz stanął naprzeciw Niemca Franka Moellera, z którym miał do tej pory remisowy bilans walk 3:3. Nasz “Ursus” chciał rozpocząć od mocnego uderzenia, ale został skontrowany na yuko, a później otrzymał już tylko kokę za pasywność rywala. – Wszędzie gdzie startowałem, ściany pomagały gospodarzom. Tu jest odwrotnie. Być może nie dopieszczono sędziów – mówił po występie Kubacki, nawiązując nie tylko do swojej walki, ale także do pojedynków Jarosława Lewaka i Jacka Cyrana. Pewnym usprawiedliwieniem dla “Ursusa” był fakt, że cały okres przygotowawczy oraz turniej zniósł dzielnie tylko dzięki środkom przeciwbólowym, które znieczulały kolana. – Zdaję sobie sprawę ze stanu swojego zdrowia i dlatego po Sydney kończę karierę – wyjaśniał.
W walce o finał kat. 66 kg Lewak miał stosunkowo łatwego rywala – Węgra Jozefa Csaka. Pojedynek zakończył się jednak remisowo, a sędziowie głosami 2:1 orzekli zwycięzcą Węgra. To prawda, że Polak opadał z sił, ale z pewnością był aktywniejszy od rywala. – Dla mnie ta decyzja jest niezrozumiała. Lewak powinien wygrać 3:0, a z Bułgarem będzie miał o brąz trudniejszą przeprawę – komentował dla nas Wiesław Błach. Tak też się stało. Nie dość że warszawianin przegrał przez ippon w 1 min. z Gieorgijem Gieorgijewem, to nie wywalczył tym samym kwalifikacji olimpijskiej (musiał być przynajmniej “brązowy”). Jacek Cyran zaczął od zwycięstwa nad Ormianinem Vardanem Voskanyanem, ale w trakcie walki nabawił się kontuzji kolana, co nie wróżyło dobrze przed pojedynkiem o brąz. – Poskręcałem go tak, że albo mu noga odpadnie, albo nie wiem – spowiadał się przed tą walka masażysta polskiej reprezentacji trenerowi Markowi Rzepkiewiczowi.
- Po walce od razu do gipsu z nim – rozkazał ten drugi. Ambitny bytomianin prowadził jeszcze na 40 sek przed końcem, ale sędziowie orzekli jego pasywność, co oznaczało porażkę. – Sami widzieliście – mówił w tym momencie do dziennikarzy “Kuba”, nie godząc się z postawą arbitrów. I tak, Polacy skończyli z jednym brązowym krążkiem.

Autor artykułu: Wojciech Koerber

wielki meczu

Wednesday, May 17th, 2000

i znowu sie pobili po meczu. I to bardzo

Autor artykułu: aqq