Kolarstwo. 58. Tour de Pologne na Dolnym Śląsku

July 6th, 2001

(JELENIA GÓRA) Piotr Wadecki z grupy Mróz Supradyn Witaminy, który jutro wystartuje w Tour de France, będzie jednym z głównych faworytów 58. Tour de Pologne. Największy wyścig kolarski w Polsce (z pulą nagród 120 tys. dolarów), który wystartuje we wrześniu, przejedzie też szosami Dolnego Śląska. Tour de Pologne pojedzie m.in. przez Lubomierz. – Mam szczególny sentyment do tego miasta – powiedział Czesław Lang, dyrektor wyścigu.

- Udział w Tour de Pologne zapowiedzieli już najlepsi kolarze w całej Europie. Z 21 ekip z pierwszej dywizji zgłoszonych zostało 9. Nie zabraknie więc niemieckiej grupy Telecom, francuskiej Festiny, czy też włoskiej Lampre – powiedział na konferencji prasowej Czesław Lang, dyrektor wyścigu. Ponadto na trasie wystartują też najlepsze grupy w Polsce (Atlas Lukullus, Mróz-Supradyn Witaminy, CCC MAT). Zobaczymy ubiegłorocznego zwycięzcę, Piotra Przydziała (CCC MAT). Pechowo przegrany z ubiegłego roku, Piotr Wadecki, zapowiedział, że w tym roku nie da sobie odebrać zwycięstwa. Rok temu przegrał jedynie o siedem sekund, podczas jazdy indywidualnej na czas. A jest o co walczyć, bowiem pula nagród wynosi 120 tys. dolarów, a na najlepszego czeka dodatkowo fiat duplo.
W tym roku przez rejon byłego jeleniogórskiego będą prowadzić aż cztery etapy: (7.09: Kożuchów – Szklarska Poręba, 8.09: Piechowice – Karpacz, 9.09: Jelenia Góra – Karpacz i czasówka na tej samej trasie). Kolarze przejadą m. in. przez Bolesławiec, Lwówek Śląski i Lubomierz. Do tego ostatniego miasta Czesław Lang ma szczególny sentyment. Będąc w stolicy polskiej komedii dyrektor Tour de Pologne kupił, od jednego z hodowców… konia.

Autor artykułu: Robert Zapora, PAW

Wakacje na wsi

July 6th, 2001

(BYCHOWO powiat TRZEBNICA) Trudne warunki pracy podczas żniw, pośpiech i rutyna, lekceważenie przepisów bhp oraz nie docenianie zagrożeń sprzyjają wypadkom na wsiach. Aby im zapobiec m.in. Państwowa Inspekcja Pracy we Wrocławiu 8 lipca zorganizuje w Bychowie informacyjną imprezę plenerową z konkursami i wieloma atrakcjami.

Impreza adresowana jest do wszystkich mieszkańców wsi Bychowo oraz innych mieszkańców gminy Żmigród. W przygotowanych konkursach będą mogły wziąć udział wszystkie dzieci, które przyjdą na bychowskie spotkania. Organizatorzy zadbali o wiele ciekawych nagród. Dla dorosłych zaplanowano loterię fantową i zabawę taneczną.
Impreza rozpocznie się na terenie miejscowego boiska sportowego o godzinie 15.00. W przypadku niesprzyjającej pogody przeniesiona zostanie do świetlicy wiejskiej.

Autor artykułu: (TPB)

Startuje akcja „Lato 2001 bez sekt”

July 6th, 2001

(WROCŁAW) Co dzieje się w sektach z małymi dziećmi? Jak poznać, że twoja córka, przyjaciel, brat trafili do sekty? Jak im pomóc, by nie było za późno? Gdzie szukać wsparcia?
Odpowiedzi na te pytania znaleźć można na jednej ze 150 tys. ulotek, które podczas lata zamierza rozdać Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami. W przyszłym tygodniu rusza ogólnopolska akcja wymierzona w nieformalne ruchy parareligijne.

- Sekta to grupa przestępcza, która mieni się kościołem – mówi przewodniczący komitetu, Ryszard Nowak. – Ma dwie twarze. Za powierzchownością dobrego wujka kryje się groźny przestępca.
Działanie sekty polega na niszczeniu dotychczasowych więzi emocjonalnych werbowanej osoby. Obiecuje się lepsze życie. Naprawdę chodzi o oderwanie od rodziny, środowiska pracy, przyjaciół i całkowite podporządkowanie. Dochodzi do tego, że doświadczeni, wykształceni ludzie przepisują sekciarzom całe majątki. Zdarza się, że nieletni w celu „odkupienia świata” uprawiają prostytucję.
Ocenia się, że w Polsce działa od kilkuset do tysiąca sekt.
- W wakacje uaktywniają się werbownicy – mówi Nowak. – Zachodnia Polska, duże miasta, kurorty w górach i nad morzem, to miejsca gdzie pojawiają się najchętniej. Wyjdziemy im naprzeciw – zapewnia.

Autor artykułu: Tomasz Janoś

Czy będzie reforma wrocławskich instytucji kulturalnych?

July 5th, 2001

(WROCŁAW) Kolejna bitwa w wojnie o kulturę: Impart. W połowie czerwca zakończyła się kontrola tej placówki. Kontrolę prowadzili m.in. Paweł Kocięba-Żabski i Krzysztof Jakubczak. Do dziś nie znamy jej wyników.

- Jest źle – mówi krótko Jakubczak.
Dlaczego jednak do tej pory nie ma raportu z kontroli? – Bo to zależy od Kocięby-Żabskiego. A on rozpoczął kampanię wyborczą do Sejmu i nie ma czasu – dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.
- No nie, to absurd – śmieje się Kocięba-Żabski. – Gdybym rozpoczął kampanię, to w moim interesie byłoby mieć ten raport za sobą.
Jego zdaniem, przygotowanie dokumentu opóźnia się, bo wszyscy kontrolerzy narzekają na brak czasu. Ale raport ma być gotowy już pod koniec tygodnia.
- Szukają na siłę czegoś, czego nie ma – kwituje kontrolę Tadeusz Płaza, dyrektor Impartu.

Nie odwołają Płazy?
- Impart dostaje dotacje z miasta i nie wykonuje najmniejszej próby pozyskania sponsorów – opowiada Paweł Kocięba-Żabski.
- Przyjęło się myślenie, że jak miasto dofinansowuje placówkę, to są to pieniądze na przeżycie – dodaje Jakubczak. – A kiedy trzeba coś zrobić, to miasto ma dać więcej. Tak nie może być. Trzeba zmotywować placówki, a nie dawać im pieniądze w ciemno.
Jakubczak i Kocięba kontrolowali Impart jako członkowie komisji rewizyjnej rady miejskiej. Trzecim kontrolerem był Janusz Krasoń (SLD). – Ale w Imparcie bywają tylko Kocięba z Jakubczakiem. Krasoń jest dla partyjnej przeciwwagi – dowiedzieliśmy się, gdy trwała kontrola.
Impartowi zarzucają, że nic się w nim nie dzieje. – Pan Płaza jest szefem już od 20 lat – mówi Kocięba-Żabski. – Gdy ktoś tak długo kieruje jakąś instytucją, to nie ma przypadku, by nie zakończyło się to skostnieniem. Nawet jeśli jest to osoba znakomita.
Ale to właśnie Płaza jako pierwszy otrzyma wyniki kontroli. Ustosunkuje się do nich na piśmie. Potem wyniki i odpowiedź Płazy rozpatrzy komisja rewizyjna. Wtedy dopiero zostaną upublicznione.
- Nie będziemy się domagać odwołania dyrektora – zapowiada Krzysztof Jakubczak. – Chcemy tylko poprawić sytuację w placówce.

Kozioł z koła
Kontrola rozpoczęła się w połowie maja. Raptem kilka dni po zakończeniu poprzedniej.
Tamtą przysłał zarząd miasta. Badała finanse dwóch dużych imprez, które Impart organizował – karnawału świętojańskiego i sylwestra 2000.
- Obie imprezy organizowaliśmy na zlecenie miasta. Nie występowaliśmy o to – zaznacza od razu Tadeusz Płaza.
Kontrola stwierdziła: Impart dostał 2,4 mln zł dotacji od miasta. Z tego 1,5 mln wydał niezgodnie z przepisami o rachunkowości. Pod wieloma dokumentami podpisywał się tylko dyrektor Impartu, brakuje podpisu głównego księgowego. Poza tym Impart płacił artystom z góry. Bez gwarancji, że koncert dojdzie do skutku.
- Nie ma przepisu mówiącego, że główny księgowy powinien podpisywać umowy – tłumaczy Płaza. – Taki przepis był kiedyś. Dyrektor jednoosobowo reprezentuje firmę na zewnątrz.
A Roman Kołakowski, dyrektor artystyczny Przeglądu Piosenki Aktorskiej zaznacza: – Pieniądze zostały wydane zgodnie z kosztorysem znanym zarządowi miasta i przez zarząd zatwierdzonym.
Kołakowski walczy ramię w ramię z Płazą. Wszak PPA to popisowa impreza Impartu (- Ale nie jestem pracownikiem Impartu – podkreśla Kołakowski).
Dyrektor Płaza opowiada jak miasto w ostatniej chwili imprezy zlecało, po czym dawało mniej pieniędzy, niż chciał Impart, w dodatku z opóźnieniami. Wtedy Impart rezygnował z organizacji imprez. Następnie zmieniał zdanie i je na ostatnią chwilę robił.
- Impart był dla miasta kołem ratunkowym. A teraz robi się z Impartu kozła ofiarnego – komentuje Kołakowski.

Zadłużony festiwal
Zdaniem broniących się, te kontrole to próba odwrócenia uwagi od długów Stowarzyszenia Euro Art Meeting.
Założyli je w zeszłym roku młodzi radni: m.in. Paweł Kocięba-Żabski, Tomasz Misiak i Tomasz Hanczarek (wtedy Unia Wolności, teraz Platforma Obywatelska), Piotr Bober (AWS) i Tomasz Czajkowski (SLD). Na czele stanął Marek Heinke, który odszedł z Unii Wolności po aferze z zapisywaniem do partii ludzi bez ich wiedzy i zgody. W zarządzie stowarzyszenia zasiedli zresztą sami członkowie UW (wszyscy tworzą obecnie wrocławską PO).
Cel stowarzyszenia: organizacja dużego festiwalu młodzieżowego. To miała być jedna z głównych atrakcji obchodów milenium miasta.
- Była to szansa na dopuszczenie do głosu ludzi młodych – komentuje Jakubczak.
Festiwal zrobili. Duża, spektakularna impreza. Z ogromnym budżetem: 4 mln złotych. Z tego od miasta dostali 2,5 mln.
- Świetny projekt, niestety zmarnowany z powodu deficytu – narzeka Paweł Kocięba-Żabski.
Fakt. Jesienią okazało się, że stowarzyszenie ma 400 tysięcy złotych długów. Zalega z płatnościami m.in. hotelowi Plaza i nagłośnieniowcom. Te długi wiszą nad Euro Art Meetingiem do dziś.
- Dotację rozliczyliśmy z miastem co do grosza – zapewnia Kocięba-Żabski. – Długi ma stowarzyszenie, nie miasto. Zresztą jedna trzecia długów jest już spłacona.
Kilku wierzycieli straciło cierpliwość. I podało Euro Art Meeting do sądu.
Kocięba-Żabski: – Pozostałe długi będą nadal spłacane i to z naprawdę wielkim wysiłkiem, również naszym jako osób prywatnych.

Jeden wielki skandal
Teraz dyrektor Płaza śmieje się: – Pod umowami Euro Art Meetingu podpisywał się skarbnik stowarzyszenia, czyli Paweł Kocięba-Żabski. No i co to dało?
Płaza z Kołakowskim wyciągają listy od agencji koncertowych. Czytają na głos: „Po fatalnych doświadczeniach jakie miał mój Artysta i moja firma przy okazji Koncertu Inauguracyjnego i Koncertu Muzyki Filmowej w ramach tzw. Euro Art Meetingu obiecałem sobie, że Artyści, których reprezentuję i moja firma, nie będą brali udziału w imprezach, w których będą zaangażowane osoby związane z tą instytucją” (pisownia oryginalna) – pisał w styczniu tego roku Andrzej Marzec, menadżer Pawła Kukiza. Pismo dostał Roman Kołakowski, kiedy chciał ściągnąć Kukiza na Przegląd Piosenki Aktorskiej.
Marzec pisał dalej: „Festiwal Euro Art Meeting był jednym wielkim skandalem organizacyjno-finansowym. Traktowanie z lekceważeniem, odkładanie spraw na ostatnią chwilę, nie wypłacanie w terminie honorariów, dyskwalifikowało wszystkich, którzy mienili się być organizatorami tych imprez”.
Marzec był podejrzliwy. Wszak Kołakowski też pracował dla Euro Art Meetingu.
- Stowarzyszenie zaproponowało mi pracę przy dwóch koncertach – tłumaczy Kołakowski. – Propozycję przyjąłem, bo taka jest moja praca.
Był to właśnie koncert inauguracyjny i koncert filmowy, o których pisał Marzec.
Podobne pismo dostał przed sylwestrem dyrektor Płaza. Od firmy Dor-Mart, reprezentującej wówczas Marylę Rodowicz i Natalię Kukulską.
Dor-Mart żądał: chcemy pieniądze z góry, bo po Euro Art Meetingu wolimy się zabezpieczyć.
Dlatego właśnie Impart płacił z góry, co tak nie podobało się kontrolerom.

Bo nie dali na budziki?
Impart podpadł Euro Art Meetingowi przed sylwestrem.
Miały być dwa sylwestry: Impart chciał robić swojego w Rynku, a Euro Art Meeting na pl. Wolności. Miasto zgodziło się tylko na jednego – w Rynku. Zleciło go Impartowi.
- Gdzieś tak 10 grudnia przyszli do nas na rozmowę trzej panowie: Zbigniew Łowżył, Marek Heinke i Paweł Kocięba-Żabski – wspomina Roman Kołakowski.
Cel wizyty: podłączyć się pod impartowskiego sylwestra. Także finansowo. Impart odmówił. – Powiedziałem, że gdybyśmy rozmawiali we wrześniu, wszystko byłoby w porządku – mówi Kołakowski. – Ale w tym momencie nie możemy już rozdysponować swoich środków.
Stanęło na tym, że Impart udostępnił Euro Art Meetingowi scenę na godzinę: od godziny 24.00 do 1.00, na Manifest Czasu Sambora Dudzińskiego (30 tys. budzików dzwoniących jednocześnie).
Kołakowski: – W kwietniu dowiedziałem się, że artyści, których na sylwestra zaprosił Euro Art Meeting, nie dostali jeszcze od stowarzyszenia pieniędzy. Zadzwonił do mnie Łowżył i spytał czemu mu jeszcze nie dałem pieniędzy. Ja mu na to, że przecież to była impreza Euro Art Meetingu!

Bitwa o OKiS
OKiS – czyli Ośrodek Kultury i Sztuki. To była pierwsza duża bitwa tej wojny. Rozegrała się na początku ubiegłego roku. Polem bitwy były wrocławskie gazety, orężem walczących listy.
A poszło o Krzysztofa Jakubczaka. Gdy po reformie administracyjnej wojewoda przekazał OKiS marszałkowi województwa, ten powołał na początku 1999 r. Jakubczaka na stanowisko dyrektora placówki.
Miał być reformatorem OKiS-u. – Chodziło o redukcję etatów o połowę – mówi Jakubczak.
Bój rozgorzał w styczniu 2000. Redakcja „Odry” (podlega OKiS-owi) alarmowała: „Jakubczak najchętniej zlikwidowałby pismo”. Jakubczak odpowiadał: „Nigdy nie pojawił się pomysł likwidacji miesięcznika”.
Jerzy Bogdan Kos, prezes wrocławskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich pisał: „Jesteśmy wyrozumiali dla szczególnych upodobań dyrektora OKiS-u do folkloru nadmorskich barów i pełni podziwu dla wysiłków, aby portowe miasto Wrocław stało się polską stolicą żeglarskich szant”. Jakubczak odpowiadał: „Kos usiłuje obrazić mnie – nie pierwszy i zapewne nie ostatni to raz”. I tak dalej.
W końcu marszałek odwołał Jakubczaka.
Co osiągnął Jakubczak? – Było 45 etatów, jest 30 – mówi. – Ci, których zwolniliśmy podali nas do sądu pracy. Wszystkie sprawy wygraliśmy. Ostatni proces właśnie się kończy.
Ubolewa tylko, że nie udało się ruszyć „Odry”. – Redukowaliśmy więc w samym OKiS-ie – mówi.

Autor artykułu: Łukasz Medeksza

Jasmin Repesa raczej nie będzie szkoleniowcem koszykarzy Śląska

July 5th, 2001

(WROCŁAW) Koszykarski mistrz Polski, Zepter Idea Śląsk Wrocław ponownie poszukuje trenera. Taką decyzję podjął zarząd klubu, po tym jak po raz kolejny nie przyleciał do Wrocławia Chorwat Jasmin Repesa. – W kręgu naszych zainteresowań jest obecnie kilku zagranicznych trenerów, w tym trener Adrej Urlep – powiedział nam prezes Śląska, Grzegorz Schetyna. Naszym zdaniem spore szanse na angaż ma znów Litwin Jonas Kazlauskas, który wcześniej był najgroźniejszym rywalem Repesy do objęcia schedy po Urlepie.

Swoją nieobecność Jasmin Repesa tłumaczy koniecznością opieki nad chorą matką. Z tego właśnie powodu już kilkakrotnie odwoływał swój przylot do Wrocławia (Śląsk już słono za to zapłacił). A może to tylko mydlenie oczu, gdyż Chorwat wciąż jest brany pod uwagę jako trener włoskich zespołów: PAF-u Bolonia oraz Adecco Mediolan? Ten pierwszy klub negocjuje również z dwoma innymi trenerami: Dusko Ivanoviciem oraz Dusanem Ivkoviciem.
Śląsk nie może jednak długo czekać, gdyż właśnie od nowego szkoleniowca zależy w dużej mierze kadra zespołu na przyszły sezon. A rynek transferowy kurczy się coraz bardziej. Wielu zawodników, którzy byli wymieniani jako ewentualne wzmocnienia mistrza Polski, podpisało lub jest blisko sfinalizowania nowych kontraktów. Wśród nich jest m.in. środkowy Chorwat Emilio Kovacić, który prawdopodobnie przejdzie do… PAF- u Bolonia.
Wobec całego zamieszania zarząd Śląska postanowił poszukać nowego trenera. Na razie nie są znane konkretne nazwiska, ale wiadomo, że pod uwagę brani są tylko obcokrajowcy. Nie wyklucza się powrotu do wrocławskiej ekipy trenerów Andreja Urlepa, Mulego Katzurina, ale spore szanse ma też opiekun reprezentacji Litwy, Jonas Kazlauskas. Był on poważnym kandydatem już wcześniej, ale ostatecznie wybrano Repesę. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że brany jest pod uwagę któryś ze szkoleniowców jugosłowiańskich. O komentarz do sprawy poprosiliśmy szefa klubu, Grzegorza Schetynę.

*Czy ma pan jakiś kontakt Jasminem Repesą?
- Grzegorz Schetyna: Niestety nie mam żadnego osobistego kontaktu z panem Repesą. Wiem tylko, że nie może przyjechać.
* Jak długo będzie pan na niego czekał?
- Na razie czekamy na jakiś konkretny sygnał, ale już zaczynamy rozglądać się za nowym szkoleniowcem.
* Kto jest brany pod uwagę?
- Jeszcze za wcześnie na nazwiska. Rozmawiamy z różnymi trenerami z zagranicy.
* A trener Andrej Urlep?
- Również jest brany pod uwagę. Myślę, że na początku przyszłego tygodnia wszystko już będzie jasne.
* Czy uważa pan, że Repesa zachował się wobec was nie fair?
- Trudno mi to komentować. Jak już mówiłem, na razie czekamy, aż się odezwie lub pojawi we Wrocławiu.
* Czy wobec zaistniałej sytuacji sam będzie pan dokonywał jakichś transferów?
- Nie podejmujemy jeszcze żadnych wiążących kroków, wciąż czekamy na trenera. Teraz jego osoba jest kluczowa. Ja sam nie będę w tej chwili o niczym decydował.
* Czy ma pan jakieś specjalne oferty dla Raimondsa Miglinieksa i Joe`a McNaulla, wobec propozycji jakie otrzymali z mocnych klubów europejskich?
- My już przedstawiliśmy im swoje oferty. Nie wiem jakie propozycje dostali z innych klubów. Bardzo chcielibyśmy, aby u nas zostali, ale to już tylko od nich zależy, co wybiorą.

Przypominamy, że już dziś na konferencji prasowej ma zostać podana nowa nazwa zespołu – najprawdopodobniej Idea Śląsk Wrocław, ewentualnie uzupełniona o człon „Lot”.

Autor artykułu: Artur Szkudlarek, (MIK)

Skreślona z listy

July 5th, 2001

(WROCŁAW) Na AWF-ie były 2-letnie wyższe studia zawodowe trenerskie. Już ich nie ma. Nie ma, bo nie mogło być. Były niezgodne z prawem. Problem studentów pozostał.

Studia były płatne. 750 złotych za semestr. Sesja zimowa wyglądała tak: we wrześniu dwa tygodnie wykładów od rana po wieczór, potem do grudnia trzeba wszystko zaliczyć. Sesja letnia podobna. Karolina Pietruszewska ukończyła pierwszy rok. Wzięła urlop dziekański, zresztą tak jak kilkadziesiąt innych osób. Na rok. We wrześniu 2001 r. miała wrócić na uczelnię. Zbliżał się koniec czerwca, przyszedł list polecony z uczelni. Otworzyła, przeczytała i wpadła w panikę. „AWF we Wrocławiu zawiadamia, że na podstawie decyzji Zarządz. Dziekań. został(a) (…) skreślona z listy studentów AWF – specjalność trenerska z dniem 13.06.2001, z powodu nie podjął studiów po urlopie.” – Taka była treść listu.
- To musi być pomyłka – pomyślała. – Przecież mój urlop jeszcze trwa.
Pojechała do dziekanatu. Wpadła do sekretariatu, zaczęła wypytywać sekretarkę.
- Cały czas mi mówiła: nic nie mogę powiedzieć, nic nie mogę powiedzieć – wspomina Karolina.
Przytomnie poprosiła ją, żeby odpowiadała tak lub nie.
- Czy studia zostały zlikwidowane? – Zapytała.
- Tak.
- Czy zostaną zwrócone mi pieniądze?
- Nie.
- Czy mogę się gdzieś przenieść?
- Nie.
Dwuletni magister
Dwuletnie wyższe studia zawodowe trenerskie. Co to w ogóle jest? Po dwóch latach zostajesz magistrem?
- Myśleliśmy, że tak właśnie będzie – opowiada Karolina Pietruszewska. – Zapisało się mnóstwo ludzi, czasami po czterdziestce, którzy musieli ukończyć studia, żeby pozostać w pracy.
Wspomina, że ludzie często pytali jej: „ile zapłaciłaś, że po dwóch latach będziesz miała mgr przed nazwiskiem?”. W tym czasie reformowano szkolnictwo. Akademia Wychowania Fizycznego podlegała pod Urząd Kultury Fizycznej i Sportu. W roku 2000 przeszła do Ministerstwa Edukacji Narodowej. I tam uznano, że zgodnie z prawem czegoś takiego jak 2-letnie studia nie może być. W indeksie Karoliny na stronie drugiej stronie są wpisy na semestry: na pierwszy potwierdzono pieczątką: „AWF we Wrocławiu, Dziekanat, STUDIA Zaoczne”. Na drugi ta sama pieczęć. A na trzeci: „Akad. Wych. Fizyczn. we Wrocławiu, STUDIUM Zaoczne”. Ze studiów zrobiono studium. W trakcie ich trwania. Po roku zlikwidowano nawet studium. Wpadła Najwyższa Izba Kontroli i wytknęła uchybienia.
Paradoks
Zadzwoniliśmy do Ministerstwa Edukacji Narodowej.
- Takiej formy kształcenia jak studia dwuletnie w ogóle nie powinno być – zapewniła nas Teresa Bader, z-ca dyr. departamentu szkół wyższych. – Nie ma takiej możliwości.
Przedstawiliśmy sprawę Karoliny Pietruszewskiej.
- Sytuacja jest paradoksalna – stwierdziła dyr. Bader. – Uczelnia powinna umożliwić jej dalsze kształcenie, jeśli zaliczyła wszystkie przedmioty. Ta pani może wystąpić do sądu i zażądać zwrotu pieniędzy.
Wysłaliśmy…
Zadzwoniliśmy także do dziekanatu AWF. Zapytaliśmy o 2-letnie studia, o sytuację osób na urlopie dziekańskim, a w szczególności o sprawę Karoliny Pietruszewskiej.
- Ta pani prawdopodobnie nie zaliczyła wszystkich przedmiotów – powiedziała prodziekan ds. Studiów Zaocznych, Alicja Rutkowska-Kucharska. Akurat miałem indeks przed sobą, dlatego od razu mogłem to skorygować. – W takim razie nie posiadała uprawnień instruktorskich – oznajmiła. – Do wszystkich studentów na urlopie dziekańskim wysłaliśmy informacje, że uprawnienia te są niezbędne do rozpoczęcia drugiego roku. Zgłosiły się tylko 2 osoby.
Zapewniła nas, że studenta, który płaci za naukę, nikt ot tak nie skreśli z listy.
- Uczelnia nie ma w tym interesu – powiedziała. – Przecież oni płacą za naukę.
Nie wysłali…
- Nie dostałam żadnego pisma z informacją o uprawnieniach instruktorskich – zdziwiła się Karolina Pietruszewska. – Przecież taki kurs robi się trzy miesiące.
Jest rozgoryczona. Najbardziej tym, że uczelnia na nią zwaliła winę za skreślenie z listy studentów.
- A ja nie czuję się winna – twierdzi.
Czy uda jej się wrócić na uczelnię? Ministerstwo edukacji powiedziało, że się sprawą zajmie.

Autor artykułu: Marcin Gąsiorowski

Huskowski prezydentem?

July 4th, 2001

(WROCŁAW) Prezydent Bogdan Zdrojewski już wie komu odda swój prezydencki fotel. Najprawdopodobniej najwyższe stanowisko w magistracie obejmie Stanisław Huskowski, dotychczasowy wiceprezydenta miasta. Osobę kandydata jednogłośnie poparł klub Wrocław 2000 Plus.

Koniec swoich dwunastoletnich rządów prezydenckich Bogdan Zdrojewski zapowiedział na wrzesień tego roku. Odchodzi, żeby ubiegać się o fotel parlamentarzysty. Również we wrześniu miał podać kandydata na swojego następcę. Zrobił to jednak wcześniej. Na poniedziałkowym posiedzeniu klubu Wrocław 2000 Plus zaproponował Stanisława Huskowskiego na prezydenta miasta. – To najlepszy i najbardziej doświadczony kandydat – twierdzi Bogdan Zdrojewski. – Wiem, że on na pewno zrealizuje zadania, które jeszcze ma przed sobą gmina. Jakie zadania? Budowa mostu Tysiąclecia, zakup nowoczesnych tramwajów, park Milenijny, skanalizowanie miasta -wylicza prezydent. Wszystkie te inwestycje znane są Stanisławowi Huskowskiemu, bo to on nad ich wykonaniem czuwa. Czy rzeczywiście? Stanisława Huskowskiego zapytaliśmy o to, które z inwestycji są dla niego najważniejsze.
- Rozpoczęcie realnych prac związanych z budową mostu Tysiąclecia, zawarcie kontraktu na zakup tramwajów, wykorzystanie środków z funduszu ISPA na gospodarkę wodno-kanalizacyjną – wyliczył. Potwierdziły się zatem słowa Bogdana Zdrojewskiego. Czyżby panowie się umówili?

Zapomni o marzeniach
Stanisław Huskowski propozycją klubu jest zaskoczony. – To miłe, że inni doceniają moją pracę – mówi. – Ale propozycję traktuję jako wstępną. Różne bowiem są koleje losu.
Kiedyś Stanisław Huskowski powiedział, że marzy o… ośmiogodzinnym systemie pracy przy taśmie, o takiej o której nie myśli się po godzinach. Jeżeli jednak zostanie prezydentem o marzeniach będzie musiał zapomnieć.
- Tak naprawdę, to jest tak, jak w piosence: człowiek odpoczywa dopiero na emeryturze – mówi Stanisław Huskowski. – A propozycja prezydenta jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Przyjąłem ją i jeżeli inni to zaakceptują, to nadal będę robił to, co lubię. A to jest bardzo ważne. Wiem, że droga może okazać się wyboista, ale dopinguje mnie to, że sam Bogdan Zdrojewski zaproponował moją osobę na stanowisko prezydenta.

Kandydatów było wielu
W mieście szumiało od spekulacji. Padały nazwiska. Mówiono o Rafale Dutkiewiczu, o Andrzeju Jarochu, o Sławomirze Piechocie. Mówiono również o Stanisławie Huskowskim, który już uzyskał poparcie Klubu Wrocław 2000 Plus. Kandydata przedstawiono również radnym z AWS. Ci jednak zaskoczeni są nie tyle kandydatem, ale formą przekazu. Zmiany planowane były na wrzesień. W mieście nadal obowiązuje umowa koalicyjna, która precyzuje zasady współpracy, a na dodatek poszczególnym ugrupowaniom stanowiska samorządowe. Czy zarząd miasta pozostanie sześcioosobowy, tak jak tego chce AWS. Na te pytania odpowiemy wtedy, gdy Stanisław Huskowski uzyska poparcie lokalnych samorządowców i zasiądzie w prezydenckim fotelu.

Kim jest Stanisław Huskowski?
Urodził się we Wrocławiu 24 kwietnia 1953 roku. W 1977 roku skończył wydział matematyczno – fizyczno – chemicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W tym samym roku rozpoczął pracę jako asystent w Instytucie Fizyki Politechniki Wrocławskiej. W 1980 roku został członkiem prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność”. W stanie wojennym został internowany. Od 1982 do 1985 roku pracował jako nauczyciel w szkołach średnich i wyższych. Od 1985 do 1989 pracował jako asystent w Zakładzie Radioterapii Specjalistycznego Zespołu Onkologicznego. Od lutego 1990 do kwietnia 1993 roku zorganizował a następnie prowadził wrocławski oddział Fundacji Demokracji Lokalnej z siedzibą w Warszawie. Od lipca 1994 do grudnia 1997 radny wrocławski i jednocześnie wiceprzewodniczący rady miejskiej. Od stycznia 1998 roku wiceprezydent Wrocławia. Żonaty, jedno dziecko. Zainteresowania: turystyka, narciarstwo, żeglarstwo.

O kandydacie mówią:
*Janusz Krasoń
*szef klubu radnych SLD
Jestem zaskoczony, że Bogdan Zdrojewski już teraz zgłosił propozycję swojego następcy na stanowisko prezydenta. Zgodnie z jego wcześniejszymi deklaracjami następcę mieliśmy poznać we wrześniu. Być może jest to ucieczka przed odpowiedzialnością ze strony prezydenta Zdrojewskiego. Teraz Stanisław Huskowski będzie musiał podejmować trudne decyzje, których jest co raz więcej. Jeżeli jednak prezydentem zostanie, to niewiele się w mieście zmieni. Linia rządów pozostanie ta sama.

*Adam Grehl
*szef klubu radnych Koalicji Samorządowej
To propozycja, której należało się spodziewać. Kandydat jest z kręgu ustępującego prezydenta, ale myślę, że ma doświadczenie w pracy samorządowej. Mam nadzieję, że zostanie przedstawiona wizja prezydentury Stanisław Huskowskiego. Czy będzie ona dynamiczna? Czy będzie polegała tylko na dokończeniu rozpoczętych zadań? Czy może będzie to pozycja lidera samorządowego? Czy będzie tylko reprezentantem swojego środowiska politycznego?

Autor artykułu: Agata Kondzińska

Wciąż bez Repesy

July 4th, 2001

(WROCŁAW) Ponownie odwleka się przyjazd do Wrocławia nowego trenera koszykarzy Śląska Wrocław Jasmina Repesy. Z powodu nagłej choroby matki najprawdopodobniej pojawi się najwcześniej na czwartkowej konfernecji prasowej w Warszawie.

Właśnie podczas tej konferencji poznamy nową nazwę drużyny. Wszystko wskazuje na to, że firma Zepter przestanie sponsorować Śląsk i drużyna Repesy w przyszłym sezonie będzie nosić nazwę Idea Śląsk Wrocław… – Potwierdzę to w czwartek – mówił nam enigmatycznie szef klubu Grzegorz Schetyna. Po udanych występach podczas campu w Treviso wiele ofert otrzymał ponoć Joe McNaull, w tym z klubów włoskich oraz z izraelskiego Maccabi Hajfa.

Autor artykułu: (MIK)

Wyrównał łososiem

July 4th, 2001

(WROCŁAW) W miniony weekend na sopockim deptaku „Monciak” (alei Monte Cassino) 40 tysięcy osób czekało na nowy rekord Guinnessa, którego pobicia podjął się szef kuchni hotelu „Wrocław” – Tadeusz Hupa.

- Ten rekord miał być jedną z atrakcji świętowania 100-lecia Sopotu. – mówi znakomity kucharz, Tadeusz Hupa. – Miał jednak rację szef wrocławskich hoteli „Orbisu”, Tadeusz Szymczak, który krzywił się na pomysł bicia rekordu norweskim łososiem, zamiast polskimi rybami. Ten łosoś okazał się za mały na rekordowy wynik. Żywy ważył zaledwie 9 kg. Teoretycznie nie powinien stracić dużo na wadze, ale po sprawieniu i usmażeniu w panierce wskazówka wagi zatrzymała się dokładnie na 5 i pół kilogramach. Nie mogłem uwierzyć, kilka razy to sprawdzałem. Ważył co do grama tyle, ile w grudniu roku 2000 sum z milickich stawów.
Kulinarni kibice zjedli z apetytem nie tylko kandydującego do rekordu i usmażonego w całości łososia, ale też 5 tysięcy (!) łososiowych dzwonek przygotowanych na grillu przez wrocławskiego mistrza i jego 17 kolegów z różnych polskich restauracji.
Za to w Ustce rekordowa próba udała się Maćkowi Kuroniowi. Poprawił o 500 litrów wynik z Wisły, gdzie ugotował przy pomocy miejscowych kucharzy największy gar zupy na świecie. W Wiśle gotował zupę pomidorową, natomiast w Ustce zupę rybną i uwarzył jej z kolegami równo 4000 litrów.

Autor artykułu: Krzysztof Kucharski

Fontanna to nie basen!

July 3rd, 2001

(WROCŁAW) 22 razy interweniowali w ostatnią sobotę i niedzielę strażnicy miejscy w fontannie na Rynku. – Zaklinowany 60 – latek pomiędzy taflami fontanny, pies kąpiący się w fontannie oraz mężczyzna załatwiający swoje potrzeby fizjologiczne również w fontannie – wylicza Dagmara Samól – Turek, rzecznik straży miejskiej.

- To tylko niektóre z przykładów, w jaki sposób wrocławianie wykorzystują fontannę. na razie strażnicy miejscy pouczają niesfornych wrocławian, w przyszłości jednak taki wybryk może się już skończyć wnioskiem ds. wykroczeń.

Autor artykułu: (AGK)