(WROCŁAW) Kolejna bitwa w wojnie o kulturę: Impart. W połowie czerwca zakończyła się kontrola tej placówki. Kontrolę prowadzili m.in. Paweł Kocięba-Żabski i Krzysztof Jakubczak. Do dziś nie znamy jej wyników.
- Jest źle – mówi krótko Jakubczak.
Dlaczego jednak do tej pory nie ma raportu z kontroli? – Bo to zależy od Kocięby-Żabskiego. A on rozpoczął kampanię wyborczą do Sejmu i nie ma czasu – dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.
- No nie, to absurd – śmieje się Kocięba-Żabski. – Gdybym rozpoczął kampanię, to w moim interesie byłoby mieć ten raport za sobą.
Jego zdaniem, przygotowanie dokumentu opóźnia się, bo wszyscy kontrolerzy narzekają na brak czasu. Ale raport ma być gotowy już pod koniec tygodnia.
- Szukają na siłę czegoś, czego nie ma – kwituje kontrolę Tadeusz Płaza, dyrektor Impartu.
Nie odwołają Płazy?
- Impart dostaje dotacje z miasta i nie wykonuje najmniejszej próby pozyskania sponsorów – opowiada Paweł Kocięba-Żabski.
- Przyjęło się myślenie, że jak miasto dofinansowuje placówkę, to są to pieniądze na przeżycie – dodaje Jakubczak. – A kiedy trzeba coś zrobić, to miasto ma dać więcej. Tak nie może być. Trzeba zmotywować placówki, a nie dawać im pieniądze w ciemno.
Jakubczak i Kocięba kontrolowali Impart jako członkowie komisji rewizyjnej rady miejskiej. Trzecim kontrolerem był Janusz Krasoń (SLD). – Ale w Imparcie bywają tylko Kocięba z Jakubczakiem. Krasoń jest dla partyjnej przeciwwagi – dowiedzieliśmy się, gdy trwała kontrola.
Impartowi zarzucają, że nic się w nim nie dzieje. – Pan Płaza jest szefem już od 20 lat – mówi Kocięba-Żabski. – Gdy ktoś tak długo kieruje jakąś instytucją, to nie ma przypadku, by nie zakończyło się to skostnieniem. Nawet jeśli jest to osoba znakomita.
Ale to właśnie Płaza jako pierwszy otrzyma wyniki kontroli. Ustosunkuje się do nich na piśmie. Potem wyniki i odpowiedź Płazy rozpatrzy komisja rewizyjna. Wtedy dopiero zostaną upublicznione.
- Nie będziemy się domagać odwołania dyrektora – zapowiada Krzysztof Jakubczak. – Chcemy tylko poprawić sytuację w placówce.
Kozioł z koła
Kontrola rozpoczęła się w połowie maja. Raptem kilka dni po zakończeniu poprzedniej.
Tamtą przysłał zarząd miasta. Badała finanse dwóch dużych imprez, które Impart organizował – karnawału świętojańskiego i sylwestra 2000.
- Obie imprezy organizowaliśmy na zlecenie miasta. Nie występowaliśmy o to – zaznacza od razu Tadeusz Płaza.
Kontrola stwierdziła: Impart dostał 2,4 mln zł dotacji od miasta. Z tego 1,5 mln wydał niezgodnie z przepisami o rachunkowości. Pod wieloma dokumentami podpisywał się tylko dyrektor Impartu, brakuje podpisu głównego księgowego. Poza tym Impart płacił artystom z góry. Bez gwarancji, że koncert dojdzie do skutku.
- Nie ma przepisu mówiącego, że główny księgowy powinien podpisywać umowy – tłumaczy Płaza. – Taki przepis był kiedyś. Dyrektor jednoosobowo reprezentuje firmę na zewnątrz.
A Roman Kołakowski, dyrektor artystyczny Przeglądu Piosenki Aktorskiej zaznacza: – Pieniądze zostały wydane zgodnie z kosztorysem znanym zarządowi miasta i przez zarząd zatwierdzonym.
Kołakowski walczy ramię w ramię z Płazą. Wszak PPA to popisowa impreza Impartu (- Ale nie jestem pracownikiem Impartu – podkreśla Kołakowski).
Dyrektor Płaza opowiada jak miasto w ostatniej chwili imprezy zlecało, po czym dawało mniej pieniędzy, niż chciał Impart, w dodatku z opóźnieniami. Wtedy Impart rezygnował z organizacji imprez. Następnie zmieniał zdanie i je na ostatnią chwilę robił.
- Impart był dla miasta kołem ratunkowym. A teraz robi się z Impartu kozła ofiarnego – komentuje Kołakowski.
Zadłużony festiwal
Zdaniem broniących się, te kontrole to próba odwrócenia uwagi od długów Stowarzyszenia Euro Art Meeting.
Założyli je w zeszłym roku młodzi radni: m.in. Paweł Kocięba-Żabski, Tomasz Misiak i Tomasz Hanczarek (wtedy Unia Wolności, teraz Platforma Obywatelska), Piotr Bober (AWS) i Tomasz Czajkowski (SLD). Na czele stanął Marek Heinke, który odszedł z Unii Wolności po aferze z zapisywaniem do partii ludzi bez ich wiedzy i zgody. W zarządzie stowarzyszenia zasiedli zresztą sami członkowie UW (wszyscy tworzą obecnie wrocławską PO).
Cel stowarzyszenia: organizacja dużego festiwalu młodzieżowego. To miała być jedna z głównych atrakcji obchodów milenium miasta.
- Była to szansa na dopuszczenie do głosu ludzi młodych – komentuje Jakubczak.
Festiwal zrobili. Duża, spektakularna impreza. Z ogromnym budżetem: 4 mln złotych. Z tego od miasta dostali 2,5 mln.
- Świetny projekt, niestety zmarnowany z powodu deficytu – narzeka Paweł Kocięba-Żabski.
Fakt. Jesienią okazało się, że stowarzyszenie ma 400 tysięcy złotych długów. Zalega z płatnościami m.in. hotelowi Plaza i nagłośnieniowcom. Te długi wiszą nad Euro Art Meetingiem do dziś.
- Dotację rozliczyliśmy z miastem co do grosza – zapewnia Kocięba-Żabski. – Długi ma stowarzyszenie, nie miasto. Zresztą jedna trzecia długów jest już spłacona.
Kilku wierzycieli straciło cierpliwość. I podało Euro Art Meeting do sądu.
Kocięba-Żabski: – Pozostałe długi będą nadal spłacane i to z naprawdę wielkim wysiłkiem, również naszym jako osób prywatnych.
Jeden wielki skandal
Teraz dyrektor Płaza śmieje się: – Pod umowami Euro Art Meetingu podpisywał się skarbnik stowarzyszenia, czyli Paweł Kocięba-Żabski. No i co to dało?
Płaza z Kołakowskim wyciągają listy od agencji koncertowych. Czytają na głos: „Po fatalnych doświadczeniach jakie miał mój Artysta i moja firma przy okazji Koncertu Inauguracyjnego i Koncertu Muzyki Filmowej w ramach tzw. Euro Art Meetingu obiecałem sobie, że Artyści, których reprezentuję i moja firma, nie będą brali udziału w imprezach, w których będą zaangażowane osoby związane z tą instytucją” (pisownia oryginalna) – pisał w styczniu tego roku Andrzej Marzec, menadżer Pawła Kukiza. Pismo dostał Roman Kołakowski, kiedy chciał ściągnąć Kukiza na Przegląd Piosenki Aktorskiej.
Marzec pisał dalej: „Festiwal Euro Art Meeting był jednym wielkim skandalem organizacyjno-finansowym. Traktowanie z lekceważeniem, odkładanie spraw na ostatnią chwilę, nie wypłacanie w terminie honorariów, dyskwalifikowało wszystkich, którzy mienili się być organizatorami tych imprez”.
Marzec był podejrzliwy. Wszak Kołakowski też pracował dla Euro Art Meetingu.
- Stowarzyszenie zaproponowało mi pracę przy dwóch koncertach – tłumaczy Kołakowski. – Propozycję przyjąłem, bo taka jest moja praca.
Był to właśnie koncert inauguracyjny i koncert filmowy, o których pisał Marzec.
Podobne pismo dostał przed sylwestrem dyrektor Płaza. Od firmy Dor-Mart, reprezentującej wówczas Marylę Rodowicz i Natalię Kukulską.
Dor-Mart żądał: chcemy pieniądze z góry, bo po Euro Art Meetingu wolimy się zabezpieczyć.
Dlatego właśnie Impart płacił z góry, co tak nie podobało się kontrolerom.
Bo nie dali na budziki?
Impart podpadł Euro Art Meetingowi przed sylwestrem.
Miały być dwa sylwestry: Impart chciał robić swojego w Rynku, a Euro Art Meeting na pl. Wolności. Miasto zgodziło się tylko na jednego – w Rynku. Zleciło go Impartowi.
- Gdzieś tak 10 grudnia przyszli do nas na rozmowę trzej panowie: Zbigniew Łowżył, Marek Heinke i Paweł Kocięba-Żabski – wspomina Roman Kołakowski.
Cel wizyty: podłączyć się pod impartowskiego sylwestra. Także finansowo. Impart odmówił. – Powiedziałem, że gdybyśmy rozmawiali we wrześniu, wszystko byłoby w porządku – mówi Kołakowski. – Ale w tym momencie nie możemy już rozdysponować swoich środków.
Stanęło na tym, że Impart udostępnił Euro Art Meetingowi scenę na godzinę: od godziny 24.00 do 1.00, na Manifest Czasu Sambora Dudzińskiego (30 tys. budzików dzwoniących jednocześnie).
Kołakowski: – W kwietniu dowiedziałem się, że artyści, których na sylwestra zaprosił Euro Art Meeting, nie dostali jeszcze od stowarzyszenia pieniędzy. Zadzwonił do mnie Łowżył i spytał czemu mu jeszcze nie dałem pieniędzy. Ja mu na to, że przecież to była impreza Euro Art Meetingu!
Bitwa o OKiS
OKiS – czyli Ośrodek Kultury i Sztuki. To była pierwsza duża bitwa tej wojny. Rozegrała się na początku ubiegłego roku. Polem bitwy były wrocławskie gazety, orężem walczących listy.
A poszło o Krzysztofa Jakubczaka. Gdy po reformie administracyjnej wojewoda przekazał OKiS marszałkowi województwa, ten powołał na początku 1999 r. Jakubczaka na stanowisko dyrektora placówki.
Miał być reformatorem OKiS-u. – Chodziło o redukcję etatów o połowę – mówi Jakubczak.
Bój rozgorzał w styczniu 2000. Redakcja „Odry” (podlega OKiS-owi) alarmowała: „Jakubczak najchętniej zlikwidowałby pismo”. Jakubczak odpowiadał: „Nigdy nie pojawił się pomysł likwidacji miesięcznika”.
Jerzy Bogdan Kos, prezes wrocławskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich pisał: „Jesteśmy wyrozumiali dla szczególnych upodobań dyrektora OKiS-u do folkloru nadmorskich barów i pełni podziwu dla wysiłków, aby portowe miasto Wrocław stało się polską stolicą żeglarskich szant”. Jakubczak odpowiadał: „Kos usiłuje obrazić mnie – nie pierwszy i zapewne nie ostatni to raz”. I tak dalej.
W końcu marszałek odwołał Jakubczaka.
Co osiągnął Jakubczak? – Było 45 etatów, jest 30 – mówi. – Ci, których zwolniliśmy podali nas do sądu pracy. Wszystkie sprawy wygraliśmy. Ostatni proces właśnie się kończy.
Ubolewa tylko, że nie udało się ruszyć „Odry”. – Redukowaliśmy więc w samym OKiS-ie – mówi.
Autor artykułu: Łukasz Medeksza